Piękna noc
25.05.2010 10:01 | audiostereo.pl w Felietony
Noc Muzeów to dziwna impreza. Tysiące ludzi stoją w poskręcanych kolejkach do miejsc, które w dzień mogą odwiedzić bez najmniejszego problemu, takich jak Zachęta lub Zamek Królewski. Nie lubię kolejek, choć rozumiem, że dla powojennej młodzieży mogą one być fascynującą odmianą. Sam jednak, gdy widzę kolejkę na Placu Zamkowym, dla pewności przechodzę na drugą stronę, bo a nuż bydlę się rzuci. Z drugiej strony, jest to bardzo miła inicjatywa i szkoda byłoby z tej okazji czegoś nie zmalować. Z tą myślą, dla uczczenia Nocy Muzeów, udaliśmy się z Magdą w dwa kontrastowe miejsca.
Pierwszym był Dworzec Centralny w Warszawie, który bez obawy pomyłki można by określić jako interaktywne Muzeum Kolejnictwa PRL. Zgodnie z formułą, faktycznie dworzec był w nocy otwarty. Pełno w nim było zwiedzających, którzy pragnęli najwidoczniej zanurzyć się w niepowtarzalną atmosferę przeszłości, przesiąkniętą zapachem pekaowskich toalet, zastarzałych petów i warzonej strawy różnych, nadspodziewanie licznych, narodów. Całkiem lubię to miejsce, czego dowodem jest, że regularnie chodzę tam się strzyc u zaprzyjaźnionej fryzjerki z Kazachstanu, która opowiada o życiu, jednocześnie fedrując mi na głowie fryzurę „na pułkownika specnaza”. Jednak strzyżenie to zaledwie drobna pieszczota, tym razem postanowiliśmy zażyć pełnego programu muzealnego, czyli wejść w kontakt z pociągiem. Zejście w czeluście malowniczo poczerniałych peronów, po częściowo czynnych ruchomych schodach, w huku bełkotliwych nawoływań z głośników, to może nie impreza kulturalna na miarę Danta, ale utrzymana w podobnym klimacie. Przeciskaliśmy się wśród setek półprzytomnych zwiedzających czekających na solidnie opóźniony pociąg, podziwiając realizm scen jak z lat 50., kiedy to miliony nagle zapragnęły podróżować po świeżo wyzwolonym kraju paroma starymi szlepcugami. Realizmu dodawały spatynowane tablice informacyjne, najwidoczniej nieczynne. Znaczną część podróżnych (a raczej ekstremalnych wielbicieli kultury) stanowili zwiedzający z zagranicy, którzy wytrzeszczali oczy i szwargotali po angielsku czy niemiecku. Przyznam, że bardzo dawno nie widziałem tak patrzących Niemców. Miny mieli, jakby czekali na transport do Auszwic. Pewnie myśleli, że niechcący trafili do kolejowej filii IPN, gdzie dostanie im się za wszystkie czasy. Naiwni, myślałem, czy oni sądzą, że ekstremalne eksperymenty artystyczne w ich kraju odbywają się bardziej ulgowo? Oglądając zdezorientowane tłumy cisnące się na brudnych posadzkach, przypomniałem sobie niedawno czytany reportaż z czyjegoś pobytu na dworcu w Kalkucie, tam było podobnie, tylko jeszcze na dokładkę bez oświetlenia.
Obijanie się po pekaowskich podziemiach, poplątanych jak flaki w brzuchu, jedzenie dziwnych i chyba nieświeżych rzeczy (trudno o coś świeżego w środku nocy), nasłuchiwanie rzadkich i zwykle niezrozumiałych komunikatów z głośników, podziwianie nieaktualnych rozkładów jazdy (to chyba eksponaty z czasów inżyniera Karwowskiego?), obserwowanie miotających się w panice podróżnych, i jeszcze jeden kebabik, i jeszcze jeden pączek, druga kawa, trzecia cola…
W końcu wjechał jakiś pociąg, witany entuzjastycznym ożywieniem. Wraz z innymi amatorami wrażeń kulturalnych podjąłem próbę dzikiego szturmu do wagonu z przesyłkami konduktorskimi, który dla zwiększenia realizmu wpięto gdzieś byle gdzie. Nic tak nie nakręca, jak gorączkowe poszukiwania wzdłuż peronu, podczas gdy pociąg miał odjechać już godzinę temu. Zdrowo skotłowany i omal nie wywieziony do Lublina czy Terespola, wyrwałem się w końcu ze zentuzjazmowanego, wiwatującego tłumu wielbicieli mocnych wrażeń. Bolały mnie żebra, nogi od wcześniejszego czekania weszły mi do połowy z tyłek, głos miałem zdarty od wrzeszczenia „przepraszam, przepraszam!”, efekt łączny przypominał ten po koncercie rockowym, tylko stopień ogłuszenia był mniejszy. I bardzo dobrze, że był mniejszy, bo umożliwiło to realizację drugiej części planu kulturalnego na tę noc.
Uwolnieni z miazmatów popkultury kolejowej, potruchtaliśmy naszym wiernym kombi (jak to krewni z prowincji) w stronę Starego Miasta, gdzie w Muzeum Literatury miał się odbyć koncert pianistki Leny Ledoff, która prezentowała program Komeda-Chopin-Komeda. O pani Ledoff miałem już kiedyś przyjemność pisać (w felietonie w Hi-Fi i Muzyce), jest to świetna pianistka jazzowa z bardzo solidnym przygotowaniem klasycznym (absolwentka konserwatorium w Woroneżu), a przy tym miła osoba pełna uroku. W Polsce mieszka, gra i komponuje od kilkunastu lat, jest autorką wielu projektów artystycznych, często występuje na festiwalach, obecnie jest stypendystką Prezydenta Miasta Warszawy. Osobiście po raz pierwszy słuchałem jej muzyki jeszcze w starym klubie Akwarium na Emilii Plater (okolice obecnej portierni hotelu Intercontinental), pewnie już ponad 10 lat temu, i zawsze cieszę się, gdy mogę znowu posłuchać, jak gra.
Lena Ledoff grała muzykę stworzoną jako projekt, łączący utwory Chopina i Krzysztofa Komedy. Brzmi to może ryzykownie, ale warto wiedzieć, że powstał on przy poparciu Stowarzyszenie Miłośników Twórczości Krzysztofa Komedy "Astigmatic", a wykonywany jest w ramach obchodów Roku Chopinowskiego. Nie czuję się znawcą muzyki, jestem raczej amatorem, kimś kto stara się słuchać i czerpać z tego przyjemność. I z tego stanowiska mogę powiedzieć, że szopenowsko-komedowy koncert pani Ledoff był wydarzeniem pełnym muzycznego piękna, takim koncertem, po którym czuje się, że to dobrze, że się na nim było. Pani Ledoff jest także utalentowaną konferansjerką/zapowiadaczką podczas swoich koncertów, jej miłe, wypowiadane miękką polszczyzną komentarze i objaśnienia stanowią ważną część każdego wydarzenia muzycznego, w którym uczestniczy.
Ballady i preludia Chopina, splatane z kompozycjami Komedy (Rosemary’s Baby, Prawo i Pięść, Kattorna, Astigmatic, a także utwory mniej popularne) granymi w bardzo klasycznym stylu, wydawały się zaskakująco na swoim miejscu. Nie było w tym epatowania w zużytym stylu „Chopin na jazzowo”, to był raczej Komeda na klasycznie, jeśli by już koniecznie starać się o klasyfikację. Nie obyło się też bez niespodzianek. W jednym ze komentarzy pomiędzy utworami Lena Ledoff (która grała na starej Calisii) zauważyła, że Rok Chopinowski to piękna inicjatywa, jednak nie byłoby źle, gdyby Ministerstwo Kultury oprócz zapalania „zielonego światła” i budowania ławeczek z Chopinem, zechciało nabyć porządne instrumenty dla instytucji, w których gra się muzykę tego kompozytora. Niedługo potem wysłużony fortepian się zaciął. ..
Wyszliśmy z koncertu zamyśleni i pełni dobrej energii. Idąc przez Plac Zamkowy (gdzie wciąż jeszcze wił się ogonek) myślałem sobie, czy nie byłoby dobrze, gdyby rząd spróbował nieco odmiennie rozłożyć akcenty w finansowaniu kultury w Polsce. Mam wrażenie, że finansowanie turpistycznej kultury kolejarskiej (z Muzeum Dworca Centralnego na czele) jest ślepą uliczką. Użycie części tych sum na zakup instrumentów, na których grano by Chopina lub powiedzmy Wasowskiego, byłoby inwestycją, która na dłuższą metę przyniesie chyba większe zyski. A w najgorszym przypadku straty będą mniejsze.
Alek Rachwald
zdjęcie ze strony:
http://www.lenaledoff.art.pl
Pierwszym był Dworzec Centralny w Warszawie, który bez obawy pomyłki można by określić jako interaktywne Muzeum Kolejnictwa PRL. Zgodnie z formułą, faktycznie dworzec był w nocy otwarty. Pełno w nim było zwiedzających, którzy pragnęli najwidoczniej zanurzyć się w niepowtarzalną atmosferę przeszłości, przesiąkniętą zapachem pekaowskich toalet, zastarzałych petów i warzonej strawy różnych, nadspodziewanie licznych, narodów. Całkiem lubię to miejsce, czego dowodem jest, że regularnie chodzę tam się strzyc u zaprzyjaźnionej fryzjerki z Kazachstanu, która opowiada o życiu, jednocześnie fedrując mi na głowie fryzurę „na pułkownika specnaza”. Jednak strzyżenie to zaledwie drobna pieszczota, tym razem postanowiliśmy zażyć pełnego programu muzealnego, czyli wejść w kontakt z pociągiem. Zejście w czeluście malowniczo poczerniałych peronów, po częściowo czynnych ruchomych schodach, w huku bełkotliwych nawoływań z głośników, to może nie impreza kulturalna na miarę Danta, ale utrzymana w podobnym klimacie. Przeciskaliśmy się wśród setek półprzytomnych zwiedzających czekających na solidnie opóźniony pociąg, podziwiając realizm scen jak z lat 50., kiedy to miliony nagle zapragnęły podróżować po świeżo wyzwolonym kraju paroma starymi szlepcugami. Realizmu dodawały spatynowane tablice informacyjne, najwidoczniej nieczynne. Znaczną część podróżnych (a raczej ekstremalnych wielbicieli kultury) stanowili zwiedzający z zagranicy, którzy wytrzeszczali oczy i szwargotali po angielsku czy niemiecku. Przyznam, że bardzo dawno nie widziałem tak patrzących Niemców. Miny mieli, jakby czekali na transport do Auszwic. Pewnie myśleli, że niechcący trafili do kolejowej filii IPN, gdzie dostanie im się za wszystkie czasy. Naiwni, myślałem, czy oni sądzą, że ekstremalne eksperymenty artystyczne w ich kraju odbywają się bardziej ulgowo? Oglądając zdezorientowane tłumy cisnące się na brudnych posadzkach, przypomniałem sobie niedawno czytany reportaż z czyjegoś pobytu na dworcu w Kalkucie, tam było podobnie, tylko jeszcze na dokładkę bez oświetlenia.
Obijanie się po pekaowskich podziemiach, poplątanych jak flaki w brzuchu, jedzenie dziwnych i chyba nieświeżych rzeczy (trudno o coś świeżego w środku nocy), nasłuchiwanie rzadkich i zwykle niezrozumiałych komunikatów z głośników, podziwianie nieaktualnych rozkładów jazdy (to chyba eksponaty z czasów inżyniera Karwowskiego?), obserwowanie miotających się w panice podróżnych, i jeszcze jeden kebabik, i jeszcze jeden pączek, druga kawa, trzecia cola…
W końcu wjechał jakiś pociąg, witany entuzjastycznym ożywieniem. Wraz z innymi amatorami wrażeń kulturalnych podjąłem próbę dzikiego szturmu do wagonu z przesyłkami konduktorskimi, który dla zwiększenia realizmu wpięto gdzieś byle gdzie. Nic tak nie nakręca, jak gorączkowe poszukiwania wzdłuż peronu, podczas gdy pociąg miał odjechać już godzinę temu. Zdrowo skotłowany i omal nie wywieziony do Lublina czy Terespola, wyrwałem się w końcu ze zentuzjazmowanego, wiwatującego tłumu wielbicieli mocnych wrażeń. Bolały mnie żebra, nogi od wcześniejszego czekania weszły mi do połowy z tyłek, głos miałem zdarty od wrzeszczenia „przepraszam, przepraszam!”, efekt łączny przypominał ten po koncercie rockowym, tylko stopień ogłuszenia był mniejszy. I bardzo dobrze, że był mniejszy, bo umożliwiło to realizację drugiej części planu kulturalnego na tę noc.
Uwolnieni z miazmatów popkultury kolejowej, potruchtaliśmy naszym wiernym kombi (jak to krewni z prowincji) w stronę Starego Miasta, gdzie w Muzeum Literatury miał się odbyć koncert pianistki Leny Ledoff, która prezentowała program Komeda-Chopin-Komeda. O pani Ledoff miałem już kiedyś przyjemność pisać (w felietonie w Hi-Fi i Muzyce), jest to świetna pianistka jazzowa z bardzo solidnym przygotowaniem klasycznym (absolwentka konserwatorium w Woroneżu), a przy tym miła osoba pełna uroku. W Polsce mieszka, gra i komponuje od kilkunastu lat, jest autorką wielu projektów artystycznych, często występuje na festiwalach, obecnie jest stypendystką Prezydenta Miasta Warszawy. Osobiście po raz pierwszy słuchałem jej muzyki jeszcze w starym klubie Akwarium na Emilii Plater (okolice obecnej portierni hotelu Intercontinental), pewnie już ponad 10 lat temu, i zawsze cieszę się, gdy mogę znowu posłuchać, jak gra.
Lena Ledoff grała muzykę stworzoną jako projekt, łączący utwory Chopina i Krzysztofa Komedy. Brzmi to może ryzykownie, ale warto wiedzieć, że powstał on przy poparciu Stowarzyszenie Miłośników Twórczości Krzysztofa Komedy "Astigmatic", a wykonywany jest w ramach obchodów Roku Chopinowskiego. Nie czuję się znawcą muzyki, jestem raczej amatorem, kimś kto stara się słuchać i czerpać z tego przyjemność. I z tego stanowiska mogę powiedzieć, że szopenowsko-komedowy koncert pani Ledoff był wydarzeniem pełnym muzycznego piękna, takim koncertem, po którym czuje się, że to dobrze, że się na nim było. Pani Ledoff jest także utalentowaną konferansjerką/zapowiadaczką podczas swoich koncertów, jej miłe, wypowiadane miękką polszczyzną komentarze i objaśnienia stanowią ważną część każdego wydarzenia muzycznego, w którym uczestniczy.
Ballady i preludia Chopina, splatane z kompozycjami Komedy (Rosemary’s Baby, Prawo i Pięść, Kattorna, Astigmatic, a także utwory mniej popularne) granymi w bardzo klasycznym stylu, wydawały się zaskakująco na swoim miejscu. Nie było w tym epatowania w zużytym stylu „Chopin na jazzowo”, to był raczej Komeda na klasycznie, jeśli by już koniecznie starać się o klasyfikację. Nie obyło się też bez niespodzianek. W jednym ze komentarzy pomiędzy utworami Lena Ledoff (która grała na starej Calisii) zauważyła, że Rok Chopinowski to piękna inicjatywa, jednak nie byłoby źle, gdyby Ministerstwo Kultury oprócz zapalania „zielonego światła” i budowania ławeczek z Chopinem, zechciało nabyć porządne instrumenty dla instytucji, w których gra się muzykę tego kompozytora. Niedługo potem wysłużony fortepian się zaciął. ..
Wyszliśmy z koncertu zamyśleni i pełni dobrej energii. Idąc przez Plac Zamkowy (gdzie wciąż jeszcze wił się ogonek) myślałem sobie, czy nie byłoby dobrze, gdyby rząd spróbował nieco odmiennie rozłożyć akcenty w finansowaniu kultury w Polsce. Mam wrażenie, że finansowanie turpistycznej kultury kolejarskiej (z Muzeum Dworca Centralnego na czele) jest ślepą uliczką. Użycie części tych sum na zakup instrumentów, na których grano by Chopina lub powiedzmy Wasowskiego, byłoby inwestycją, która na dłuższą metę przyniesie chyba większe zyski. A w najgorszym przypadku straty będą mniejsze.
Alek Rachwald
zdjęcie ze strony:
http://www.lenaledoff.art.pl
26 komentarzy
świetny felieton :-D
A można frontz prosić o jakieś merytoryczne uzasadnienie Twojej opinii?
Tekst robi rzeczywiście mocne wrażenie.
Mnie zafrapowało Dość oryginalne potraktowanie interpunkcji i mozolne piętrzenie wielu zdań prostych w jedną konstrukcję złożoną
Tak na szybko wyłuskane:
jednak strzyżenie to zaledwie drobna pieszczota, tym razem postanowiliśmy zażyć pełnego programu, czyli wejść w kontakt z pociągiem.
Zejście w czeluście malowniczo poczerniałych peronów, po częściowo czynnych ruchomych schodach, w huku bełkotliwych nawoływań z głośników, to może nie impreza kulturalna na miarę Danta, ale utrzymana w podobnym klimacie.
Przeciskaliśmy się wśród setek półprzytomnych zwiedzających czekających na solidnie opóźniony pociąg, podziwiając realizm scen jak z lat 50., kiedy to miliony nagle zapragnęły podróżować po świeżo wyzwolonym kraju paroma starymi szlepcugami.
Oglądając zdezorientowane tłumy cisnące się na brudnych posadzkach, przypomniałem sobie niedawno czytany reportaż z czyjegoś pobytu na dworcu w Kalkucie, tam było podobnie, tylko jeszcze na dokładkę bez oświetlenia.
Obijanie się po pekaowskich podziemiach, poplątanych jak flaki w brzuchu, jedzenie dziwnych i chyba nieświeżych rzeczy (trudno o coś świeżego w środku nocy), nasłuchiwanie rzadkich i zwykle niezrozumiałych komunikatów z głośników, podziwianie nieaktualnych rozkładów jazdy (to chyba eksponaty z czasów inżyniera Karwowskiego?), obserwowanie miotających się w panice podróżnych, i jeszcze jeden kebabik, i jeszcze jeden pączek, druga kawa, trzecia cola…
Bolały mnie żebra, nogi od wcześniejszego czekania weszły mi do połowy z tyłek, głos miałem zdarty od wrzeszczenia „przepraszam, przepraszam!”, efekt łączny przypominał ten po koncercie rockowym, tylko stopień ogłuszenia był mniejszy.
W Polsce mieszka, gra i komponuje od kilkunastu lat, jest autorką wielu projektów artystycznych, często występuje na festiwalach, obecnie jest stypendystką Prezydenta Miasta Warszawy.
I przyjemność tego stanowiska mogę powiedzieć, że szopenowsko-komedowy koncert pani Ledoff był wydarzeniem pełnym muzycznego piękna, takim koncertem, po którym czuje się, że to dobrze, że się na nim było.
Nie było w tym epatowania w zużytym stylu „Chopin na jazzowo”, to był raczej Komeda na klasycznie, jeśli by już koniecznie starać się o klasyfikację.
Mnie zafrapowało Dość oryginalne potraktowanie interpunkcji i mozolne piętrzenie wielu zdań prostych w jedną konstrukcję złożoną
Tak na szybko wyłuskane:
jednak strzyżenie to zaledwie drobna pieszczota, tym razem postanowiliśmy zażyć pełnego programu, czyli wejść w kontakt z pociągiem.
Zejście w czeluście malowniczo poczerniałych peronów, po częściowo czynnych ruchomych schodach, w huku bełkotliwych nawoływań z głośników, to może nie impreza kulturalna na miarę Danta, ale utrzymana w podobnym klimacie.
Przeciskaliśmy się wśród setek półprzytomnych zwiedzających czekających na solidnie opóźniony pociąg, podziwiając realizm scen jak z lat 50., kiedy to miliony nagle zapragnęły podróżować po świeżo wyzwolonym kraju paroma starymi szlepcugami.
Oglądając zdezorientowane tłumy cisnące się na brudnych posadzkach, przypomniałem sobie niedawno czytany reportaż z czyjegoś pobytu na dworcu w Kalkucie, tam było podobnie, tylko jeszcze na dokładkę bez oświetlenia.
Obijanie się po pekaowskich podziemiach, poplątanych jak flaki w brzuchu, jedzenie dziwnych i chyba nieświeżych rzeczy (trudno o coś świeżego w środku nocy), nasłuchiwanie rzadkich i zwykle niezrozumiałych komunikatów z głośników, podziwianie nieaktualnych rozkładów jazdy (to chyba eksponaty z czasów inżyniera Karwowskiego?), obserwowanie miotających się w panice podróżnych, i jeszcze jeden kebabik, i jeszcze jeden pączek, druga kawa, trzecia cola…
Bolały mnie żebra, nogi od wcześniejszego czekania weszły mi do połowy z tyłek, głos miałem zdarty od wrzeszczenia „przepraszam, przepraszam!”, efekt łączny przypominał ten po koncercie rockowym, tylko stopień ogłuszenia był mniejszy.
W Polsce mieszka, gra i komponuje od kilkunastu lat, jest autorką wielu projektów artystycznych, często występuje na festiwalach, obecnie jest stypendystką Prezydenta Miasta Warszawy.
I przyjemność tego stanowiska mogę powiedzieć, że szopenowsko-komedowy koncert pani Ledoff był wydarzeniem pełnym muzycznego piękna, takim koncertem, po którym czuje się, że to dobrze, że się na nim było.
Nie było w tym epatowania w zużytym stylu „Chopin na jazzowo”, to był raczej Komeda na klasycznie, jeśli by już koniecznie starać się o klasyfikację.
Nie chcę się chwalić, ale to wszystko zostało już raz napisane, powyżej, w dodatku w jednym że tak powiem kawałku.
Gratuluję dobrego samopoczucia.
W jednym kawałku mniej widać?
W jednym kawałku mniej widać?
Nie narzekam, są różne upodobania. Przy okazji, w przedostatnim zdaniu jest pomyłka, którą w międzyczasie poprawiłem.
Przy okazji:
" Mnie zafrapowało Dość oryginalne potraktowanie interpunkcji i mozolne piętrzenie wielu zdań prostych w jedną konstrukcję złożoną "
Otóż mnie również wiele zafrapowało w powyższym zdaniu :-)
" Mnie zafrapowało Dość oryginalne potraktowanie interpunkcji i mozolne piętrzenie wielu zdań prostych w jedną konstrukcję złożoną "
Otóż mnie również wiele zafrapowało w powyższym zdaniu :-)
Józwo Drogi,
ty tak dużo nie poprawiaj, bo za chwile moje zastrzeżenia nie będą miały żadnego uzasadnienia.
ty tak dużo nie poprawiaj, bo za chwile moje zastrzeżenia nie będą miały żadnego uzasadnienia.
stefanB, 25 Maj 2010, 18:16
>A można frontz prosić o jakieś merytoryczne uzasadnienie Twojej opinii?
Ależ bardzo proszę. Urzekła mnie trafność spostrzeżeń i lekkość języka.
>A można frontz prosić o jakieś merytoryczne uzasadnienie Twojej opinii?
Ależ bardzo proszę. Urzekła mnie trafność spostrzeżeń i lekkość języka.
„Mam wrażenie, że finansowanie turpistycznej kultury kolejarskiej (z Muzeum Dworca Centralnego na czele) jest ślepą uliczką.”
Użycie części tych sum na zakup instrumentów, na których grano by Chopina lub powiedzmy Wasowskiego, byłoby inwestycją, która na dłuższą metę przyniesie chyba większe zyski. A w najgorszym przypadku straty będą mniejsze. „
Trafność spostrzeżeń, mówisz Frontz...
Powyższych?
Sprowadzenie oceny przydatności muzeum kolejnictwa do ekonomicznej kategorii zysku i straty uważasz za trafne? Przy całkowitym pominięciu aspektów społecznych?
Propozycję przeznaczenia części środków muzeum na zakup instrumentów muzycznych nie traktujesz jako infantylnej, naiwnej?
Wasowski (też go lubię) zamiast, np. najstarszej polskiej lokomotywy spalinowej?
Wybacz, to źle pachnie i chyba w historii już było...
(Obecną modę na kopanie akurat tego muzeum i jego fatalnej polityki finansowej i wystawienniczej uważam za okoliczność łagodzącą. Choć nie za usprawiedliwienie.)
Mnie ta logika obezwładniła
Idąc dalej tą drogą możemy zapytać po co nam jakieś turpistyczne muzea w ogóle?
Zostawmy najważniejsze, Wawel, Matejkę, i parę innych. Minimalizujmy straty!
Nauka? Po co nam jakaś cetologia? Książki? Wycinanki łowickie?
Zależnie od stopnia świadomości skreślającego lista może być prawie nieograniczona.
No i „straty coraz mniejsze” Ileż to kasy można by przełożyć na bardziej przydatne ludziom dziedziny.
Do czego są potrzebne muzea podpowiedzą dzieci z podstawówki:
Muzea są potrzebne, ponieważ przypominają ludziom zajętym własnymi sprawami, problemami co jest ważne w życiu. Co opisuje nasza historia. Pokazują jak naprawdę żyli ludzie dawno temu czym się posługiwali. Dzięki eksponatom w muzeum znamy choć część historii starożytnych.”
„Te 10tys. rzeczy ma służyć nauce i podziwu ludzi oraz ich ochronie przed zniszczeniem. Muzea są po to aby chroniły stare przedmiot dla następnych pokoleń”.
„ponieważ zgromadzają wiele starych, cennych i ważnych przedmiotów z czasów potomków. Możemy dokładniej zobaczyć i wyobrazić sobie jak żyli ludzie w określonych czasach. Uważam,że muzeum powinien odwiedzać od czasu do czasu każdy. To miejsce czeka na Ciebie i na każdego, który chce poznać przeszłość, dowiedzieć się różnych ciekawostek i poczuć się jak w wehikule czasu!!! Również chronią stare przedmioty przed uszkodzeniem”.
Użycie części tych sum na zakup instrumentów, na których grano by Chopina lub powiedzmy Wasowskiego, byłoby inwestycją, która na dłuższą metę przyniesie chyba większe zyski. A w najgorszym przypadku straty będą mniejsze. „
Trafność spostrzeżeń, mówisz Frontz...
Powyższych?
Sprowadzenie oceny przydatności muzeum kolejnictwa do ekonomicznej kategorii zysku i straty uważasz za trafne? Przy całkowitym pominięciu aspektów społecznych?
Propozycję przeznaczenia części środków muzeum na zakup instrumentów muzycznych nie traktujesz jako infantylnej, naiwnej?
Wasowski (też go lubię) zamiast, np. najstarszej polskiej lokomotywy spalinowej?
Wybacz, to źle pachnie i chyba w historii już było...
(Obecną modę na kopanie akurat tego muzeum i jego fatalnej polityki finansowej i wystawienniczej uważam za okoliczność łagodzącą. Choć nie za usprawiedliwienie.)
Mnie ta logika obezwładniła
Idąc dalej tą drogą możemy zapytać po co nam jakieś turpistyczne muzea w ogóle?
Zostawmy najważniejsze, Wawel, Matejkę, i parę innych. Minimalizujmy straty!
Nauka? Po co nam jakaś cetologia? Książki? Wycinanki łowickie?
Zależnie od stopnia świadomości skreślającego lista może być prawie nieograniczona.
No i „straty coraz mniejsze” Ileż to kasy można by przełożyć na bardziej przydatne ludziom dziedziny.
Do czego są potrzebne muzea podpowiedzą dzieci z podstawówki:
Muzea są potrzebne, ponieważ przypominają ludziom zajętym własnymi sprawami, problemami co jest ważne w życiu. Co opisuje nasza historia. Pokazują jak naprawdę żyli ludzie dawno temu czym się posługiwali. Dzięki eksponatom w muzeum znamy choć część historii starożytnych.”
„Te 10tys. rzeczy ma służyć nauce i podziwu ludzi oraz ich ochronie przed zniszczeniem. Muzea są po to aby chroniły stare przedmiot dla następnych pokoleń”.
„ponieważ zgromadzają wiele starych, cennych i ważnych przedmiotów z czasów potomków. Możemy dokładniej zobaczyć i wyobrazić sobie jak żyli ludzie w określonych czasach. Uważam,że muzeum powinien odwiedzać od czasu do czasu każdy. To miejsce czeka na Ciebie i na każdego, który chce poznać przeszłość, dowiedzieć się różnych ciekawostek i poczuć się jak w wehikule czasu!!! Również chronią stare przedmioty przed uszkodzeniem”.
To teraz ja nie rozumiem.
Przypomniały mi się dwie inne inne „złote myśli” józwy, które kiedyś też zrobiły na mnie.ogromne wrażenie
W tekscie o powstaniu warszawskim konstatował:
„powiedzmy sobie raz a dobrze: żadna inscenizacja, której uczestnicy wyjdą żywi, nie będzie uczciwa. Zgodnie z prawdą historyczną powinno się ich potem wszystkich zabić, a następnie ludność cywilna pod lufami esesmanów powinna rozbierać na powrót te żałosne barykady”.
W artykule o kinie apelował: "przyszedł czas, że żeby przywrócić zamierzchłe proporcje"...;
"...co to za pomysł z tym odjazdem od męskich bohaterów na rzecz gładkich jak węże (na pewno golą sobie klatę!) gości".
Pal sześć publikowanie czyichś brudnopisów..Jak wy zarabiacie, a czytelnik akceptuje- nieważne.
Ale czy forum komercyjne audio, którego biznesowe istnienie jest uzależnione:”od obrony zadanego zespołu interesów i poglądów , przestrzegania norm zwyczajowych swojego targetu i konieczności tworzenia całkowicie bezkonfliktowej przestrzeni”, powinno tego typu poglądy prezentować?
Ja rozumiem to tak. Są wyspecjalizowane miejsca, gdzie grupują się ludzie o podobnych zainteresowaniach. Jak potrzebuję porno, czy ultraprawicy, wiem, gdzie zajrzeć,
Szukając „klocków” nie powinienem być zaskakiwany kontrowersyjnymi poglądami społecznymi, czy politycznymi. Akceptuję je tylko na bocznicy
Stosujecie prewencyjną cenzurę wobec forumowiczów.. Może czas zastosować ja wobec redaktorów?
W tekscie o powstaniu warszawskim konstatował:
„powiedzmy sobie raz a dobrze: żadna inscenizacja, której uczestnicy wyjdą żywi, nie będzie uczciwa. Zgodnie z prawdą historyczną powinno się ich potem wszystkich zabić, a następnie ludność cywilna pod lufami esesmanów powinna rozbierać na powrót te żałosne barykady”.
W artykule o kinie apelował: "przyszedł czas, że żeby przywrócić zamierzchłe proporcje"...;
"...co to za pomysł z tym odjazdem od męskich bohaterów na rzecz gładkich jak węże (na pewno golą sobie klatę!) gości".
Pal sześć publikowanie czyichś brudnopisów..Jak wy zarabiacie, a czytelnik akceptuje- nieważne.
Ale czy forum komercyjne audio, którego biznesowe istnienie jest uzależnione:”od obrony zadanego zespołu interesów i poglądów , przestrzegania norm zwyczajowych swojego targetu i konieczności tworzenia całkowicie bezkonfliktowej przestrzeni”, powinno tego typu poglądy prezentować?
Ja rozumiem to tak. Są wyspecjalizowane miejsca, gdzie grupują się ludzie o podobnych zainteresowaniach. Jak potrzebuję porno, czy ultraprawicy, wiem, gdzie zajrzeć,
Szukając „klocków” nie powinienem być zaskakiwany kontrowersyjnymi poglądami społecznymi, czy politycznymi. Akceptuję je tylko na bocznicy
Stosujecie prewencyjną cenzurę wobec forumowiczów.. Może czas zastosować ja wobec redaktorów?
Nie rozumiem, co masz na myśli. Ale tak czy inaczej to ciekawe. Tylko co komu po dyskusji, gdzie jeden mówi po chińsku? Ale, jak już wspomniałem, interesująco czytać.
Podoba mi się ten fragment:
"Przeciskaliśmy się wśród setek półprzytomnych zwiedzających czekających na solidnie opóźniony pociąg, podziwiając realizm scen jak z lat 50., kiedy to miliony nagle zapragnęły podróżować po świeżo wyzwolonym kraju paroma starymi szlepcugami."
I nie wiem dlaczego skojarzyły mi się słowa klasyka:
"Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu"
"Przeciskaliśmy się wśród setek półprzytomnych zwiedzających czekających na solidnie opóźniony pociąg, podziwiając realizm scen jak z lat 50., kiedy to miliony nagle zapragnęły podróżować po świeżo wyzwolonym kraju paroma starymi szlepcugami."
I nie wiem dlaczego skojarzyły mi się słowa klasyka:
"Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu"
A tak w ogóle to mój ulubiony cytat jest jakiś aż nadto statyczny w odbiorze. Możeby go nieco rozruszać? Ot choćby tak, nieco pod Majakowskiego:
Przeciskaliśmy się
wśród setek
półprzytomnych zwiedzających czekających
na
solidnie opóźniony
pociąg
podziwiając
realizm scen
jak z lat 50.
kiedy to miliony
nagle zapragnęły
podróżować
po świeżo
wyzwolonym kraju
paroma starymi
szlepcugami
Przeciskaliśmy się
wśród setek
półprzytomnych zwiedzających czekających
na
solidnie opóźniony
pociąg
podziwiając
realizm scen
jak z lat 50.
kiedy to miliony
nagle zapragnęły
podróżować
po świeżo
wyzwolonym kraju
paroma starymi
szlepcugami
Na końcu schodka jeszcze powinna być "Ojczyzna" :-)
Rochu nie komplikuj ponad potrzebę.
Pamiętaj, że przy próbach omawiania aspektów formalnych i ideowych jego Twórczości Autor często bardzo szczerze informuje, że „nie rozumie, co masz na myśli”.
Ja to bardzo szanuję.
Ponieważ jednocześnie deklaruje otwartość i zainteresowanie, nie wypada utrudniać czytania.
Pamiętaj, że przy próbach omawiania aspektów formalnych i ideowych jego Twórczości Autor często bardzo szczerze informuje, że „nie rozumie, co masz na myśli”.
Ja to bardzo szanuję.
Ponieważ jednocześnie deklaruje otwartość i zainteresowanie, nie wypada utrudniać czytania.
Panie Stefanie, moja propozycja tyczyła li tylko warstwy formalnej omawianego działa.
Intencją moją było jedynie wzmocnienie przekazu i dodanie dramatyzmu opowieści snutej przez podmiot liryczny rzeczonego utworu.
A co do rozumienia własnego utworu, no cóż..
Współczesna sztuka, dostarcza wielu przykładów na to, że sam autor nie bardzo wie co miał on na myśli tworząc to czy tamto dzieło.
Śmiem twierdzić, że często obecna sztuka to pewnego typu (proszę o wybaczenie tego słowa)półprodukt, który prawdziwą Sztuką staje się na drodze interpretacji - nie ważne czy samego autora czy też osób postronnych.
Intencją moją było jedynie wzmocnienie przekazu i dodanie dramatyzmu opowieści snutej przez podmiot liryczny rzeczonego utworu.
A co do rozumienia własnego utworu, no cóż..
Współczesna sztuka, dostarcza wielu przykładów na to, że sam autor nie bardzo wie co miał on na myśli tworząc to czy tamto dzieło.
Śmiem twierdzić, że często obecna sztuka to pewnego typu (proszę o wybaczenie tego słowa)półprodukt, który prawdziwą Sztuką staje się na drodze interpretacji - nie ważne czy samego autora czy też osób postronnych.
Co ma Roch na myśli, to ja rozumiem. Ja tylko nie rozumiem, co pisze StefanB. Na przykład z tym Dworcem Centralnym. Wiem, ze dla ludzi spoza Wawy, zwłaszcza tych, co oglądali 40-latka i pierwszy odcinie "07 zgłoś się", Centralny to cóś pięknego. Ale na codzień jest paskudny, słowo!
Co ma Roch na myśli, to ja rozumiem. Ja tylko nie rozumiem, co pisze StefanB. Na przykład z tym Dworcem Centralnym. Wiem, ze dla ludzi spoza Wawy, zwłaszcza tych, co oglądali 40-latka i pierwszy odcinek "07 zgłoś się", Centralny to cóś pięknego. Ale na codzień jest paskudny, słowo!
W Poznaniu też była noc muzeów. Niestety dość mocno została zakłócona przez 40-tysięczny tłum, który przemieścił się całą szerokością ulic ze stadionu na Bułgarskiej i zebrał się na Rynku, by świętować mistrzostwo Lecha (Kolejorz, kolejorz ma "majstra!") i opanował jeśli nie miasto, to przynajmniej śródmieście. Tak więc nie obyło się bez incydentow a już o g. 23 musiało zostać zamknięte muzeum instrumentów. Na rynku rękę stracił posąg Prozerpiny a Rycerz koło pręgierza - dłoń z mieczem.
Zabytkowa kolej wąskotorowa jeździ w sezonie wiosenno-letnim (od 1 maja) w Poznaniu nad Maltą w kierunku nowego zoo - obsługuje ją parowóz Borsig. Przejazd "Maltanką" kilkukilometrową trasą to niezapmniane przeżycie! Polecam wszystki miłośnikom kolei, nie tylko wąskotorowej, chodziaż wagoniki i siedzenia w nich są raczej dostosowane rozmiarami dla dzieciaków. Obecnie to już rarytas w skali kraju, kolej wąskotorowa jest po prostu likwidowana i niedługo może nie pozostać po niej żaden ślad, nawet nieczynna infrastruktura.
Zabytkowa kolej wąskotorowa jeździ w sezonie wiosenno-letnim (od 1 maja) w Poznaniu nad Maltą w kierunku nowego zoo - obsługuje ją parowóz Borsig. Przejazd "Maltanką" kilkukilometrową trasą to niezapmniane przeżycie! Polecam wszystki miłośnikom kolei, nie tylko wąskotorowej, chodziaż wagoniki i siedzenia w nich są raczej dostosowane rozmiarami dla dzieciaków. Obecnie to już rarytas w skali kraju, kolej wąskotorowa jest po prostu likwidowana i niedługo może nie pozostać po niej żaden ślad, nawet nieczynna infrastruktura.
Może się czepiam ale:
>pekaowskich toalet ... pekaowskich podziemiach
To od PKO? Bo jeśli od PKP, to chyba pekapowskich
>na miarę Danta
mianownik - Dante
dopełniacz - Dantego
>szlepcugami
o czymś takim nie słyszałem, ale słyszałem o sznelcugach
>Auszwic
może teraz obowiązuje taka pisownia, ja jednak upierałbym się przy Auschwitz
>pekaowskich toalet ... pekaowskich podziemiach
To od PKO? Bo jeśli od PKP, to chyba pekapowskich
>na miarę Danta
mianownik - Dante
dopełniacz - Dantego
>szlepcugami
o czymś takim nie słyszałem, ale słyszałem o sznelcugach
>Auszwic
może teraz obowiązuje taka pisownia, ja jednak upierałbym się przy Auschwitz
Pekapowskich oczywiscie. Reszta jest przyjeta (np. forma oboczna "Danta" zamiast "Dantego", por. np. Makuszynski "Szatan z VII klasy"). Szlepcug to germanizm, dawniej dosc popularny.
Pekapowskich oczywiscie. Reszta jest przyjeta (np. forma oboczna "Danta" zamiast "Dantego", por. np. Makuszynski "Szatan z VII klasy"). Szlepcug to germanizm, dawniej dosc popularny, mozna przyjac, ze oznacza nocny pociag. Auszwic to moj kolokwializm, nie widzialem, zeby ktos inny stosowal.
Nie wykluczam, że schöne alte polnische Wort "szlepcug" było niegdyś w użyciu.
Od siebie dodam jeszcze dwa germanizmy: sznelcug i bumelcug. Domyślnym pozostawiam przetłumaczenie "na nasze". Dla ułatwienia dodam, że bumelcugi są nadal powszechnie używane przez PKP.
Od siebie dodam jeszcze dwa germanizmy: sznelcug i bumelcug. Domyślnym pozostawiam przetłumaczenie "na nasze". Dla ułatwienia dodam, że bumelcugi są nadal powszechnie używane przez PKP.













