Skocz do zawartości

Audiostereo.pl: Audiostereo Forum - Audiostereo.pl


Logo Magazyn
Witamy ponownie, Gość

Niemożność w Sieci?

31.05.2008 18:21 | audiostereo.pl w Felietony
  • Nie możesz edytować tego wpisu
Ponieważ znajdujemy się w Internecie, może tym razem dla odmiany coś o sieci. Podobnie jak wielu innych, interesuje mnie obraz Internetu jako medium pozwalającego, według optymistycznych założeń, na nieskrępowane wyrażanie swoich poglądów i łatwe dzielenie się z innymi swoimi opiniami, z czego mogą wyniknąć niezliczone korzyści itd. Ponieważ Internet nie jest w swej zasadniczej masie cenzurowany, przyjęło się uważać, że zapewnia on powyższe wartości jakby sam z siebie, niejako na dzień dobry. Pogląd ten w mojej opinii tak bardzo mija się z rzeczywistością, że aż sprawia wrażenie reklamy dostawcy usług sieciowych.

Pierwszy problem, w zasadzie już załatwiający sprawę odmownie, to masowość zjawiska, a co za tym idzie czysto mechaniczna trudność przebicia się z dowolną opinią. Nie to, że niemożliwe, jednak natrafia na przeszkody nie mniejsze, niż próba opublikowania swoich tekstów w jakimś fest żurnalu, tylko że są to przeszkody innego rodzaju. W przypadku czasopisma kręci się wszystko wokół tekstu, załóżmy roboczo, że wybitnego. Taki tekst można posłać do redakcji gazety czytanej od deski do deski przez grube tysiące, a cytowanej w milionach miejsc. Jeśłi tekst jest naprawdę wybitny, to istnieje duża szansa, że opublikowany zostanie, jak nie pierwszy, to drugi lub trzeci, a jeśli nie w tym piśmie, to w konkurencyjnym. Warunkiem jest przede wszystkim wysoki poziom dzieła.

W przypadku interenetu można spokojnie założyć, że dobrych tekstów można machnąć dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, na dobrą sprawę równie dobrze można by umieszczać w sieci tekstowe wersje obrazów Opałki, i wciąż licho wie, czy ktoś na to zwróci uwagę. Jakim stresem i demotywacją musi być pisane tekstów (z których każdy w założeniu jest przecież odkrywczy i wyjątkowy), których nikt nie przeczyta, mają bowiem za zadanie tylko stworzyć masę krytyczną, przyciągnąć uwagę na przyszłość! A nawet jeśli ktoś w końcu zwróci tę uwagę, to nadal jest tylko pewna szansa, że przeczyta ze zrozumieniem, oraz że następnie pewna ilość ludzi zacznie tekst inteligentnie komentować. A dopiero to są warunki wejścia opinii do obiegu. Żeby się wybić na taką pozycję, dobrze też nie być anonimowym blogerem piszącym byle gdzie, ale wpisywać się w widocznym miejscu popularnego serwisu, co z kolei nie jest dostępne każdemu. Nie każdy jest Atrakcyjnym Kazimierzem czy Posłem Penisistą, którzy, zanim zrobili cyfrową karierę jako autorzy blogaska (termin techniczny), musieli jednak odharować swoje analogowo, w realu. A to przecież nie ten model, o który chodzi. Autorzy optymistycznych wizji Sieci spodziewali się chyba raczej czegoś w stylu Locke’a i Demostenesa z powieści O.S.Carda, którzy przez kilka lat swej starannie zaplanowanej, anonimowej działalności publicystycznej w sieci zmienili politykę świata (po czym jedno z nich stanęło na jego czele), mimo że rozpoczynając swój projekt mieli odpowiednio 14 i 12 lat. Na razie jednak w nieliterackiej rzeczywistości internauta ma niewiele większą szansę dotarcia ze swymi przemyśleniami do publiki, niż gdyby deklamował je pod Dmowskim na Rozdrożu. Model Demostenesa być może zrealizowałby się w dalekiej przyszłości, ale prawdopodobnie uniemożliwi to problem numer dwa.

Drugim problemem, który dziś załatwia w zasadzie na amen internet jako autentyczne narzędzie kształtowania rzeczywistości poprzez wyrażanie genialnych myśli o naturze wszystkiego, jest brak dyscypliny intelektualnej i odpowiedzialności za słowo. Plagę tę szerzą tacy użytkownicy sieci, którzy uważają, że sam nagi fakt wyrażenia przez nich opinii na piśmie jest wydarzeniem, zaś cała reszta to nieistotne drobiazgi. Przejawia się to przez tworzenie morza wpisów sstworzonych wedle zasady, że natychmiastowe upublicznianie wszystkiego, co umysł wyrzuci na mieliznę języka, jest obowiązkiem i prawem przyrodzonym. Zaś próby pohamowania tego wypływu są oczywiście zamachem na wolnosc slowa i demokrację. Pisarz  W. Żwikiewicz nazwał tę kategorię „mówców” internetowych „pokoleniem kwa-kwa”. Owi Kwa-Kwa popełniają w rozumowaniu zasadniczy błąd, ignorując fundament demokracji i wolności, jakim jest odpowiedzialność, w tym wypadku za głoszone poglądy i przedstawiane fakty. Nie ma odpowiedzialności – nie ma wartości. Erozji odpowiedzialności sprzyja na pewno anonimowość internetu, ale być może również łatwość zabierania głosu, nieporównywalna z niczym dotąd.

Kłopot z Kwa-Kwa jest taki, że to właśnie dyskutanci i oponenci tworzą publicystę. Pogląd o tyle jest coś wart, o ile wytrzymał solidnie przygotowany i przeprowadzony atak. W warunkach internetowych, o których teraz piszę, jeśli nawet ktoś się zaweźmie i stworzy kawał dobrego tekstu poruszającego ważny problem, najczęściej jedyną opozycją, z jaką spotka się jego idea, będzie seria opinii, ze autor jest nietutejszy, za bardzo tutejszy, nic nie wiadomo o postawie jego dziadków, czyta niewłaściwe lektury, nic nie czyta, czyta komiksy, wychował się na podwórku (ulicy, śmietniku, salonach), należy do mniejszości seksualnej, jest szownistyczną autorską świnią i nie dba o sprawy proletariatu, kobiet, dzieci i wielorybów. To niestety jest to samo, co nic. Są to bowiem opinie osób, które nie są zainteresowane tym, co zostało napisane, tylko wyrażeniem poglądu o charakterze ideowym, popularnego w grupie ich znajomych. Do tego zrozumienie oryginalnego tekstu jest zbędne, nie mogą więc być równymi partnerami w dyskusji i w ogóle równie dobrze mogłoby ich nie być. Rzekł raz Boy-Żeleński: „W iskier krzesaniu żywem/ materiał to rzecz główna/ trudno najtęższym krzesiwem/ iskrę wydobyć z substancji miękkiej, a podatnej”. Innymi słowy, jeśli oponenci świecą niechlujstwem intelektualnym i lenistwem polemicznym, autor nie ma mozliwości rozwinąć i zahartować swoich poglądów, które w innych, trudniejszych warunkach, kto wie, czy nie rozwinęły się w system filozoficzny,  który zmieniłby nasz świat na zawsze. Strata to, czy nie, nigdy się już niestety nie dowiemy.
Alek Rachwald


58 komentarzy

Chlip, chlip...
Wzruszyłem się.

Rozumiem, że tekst jest swego rodzaju reakcją Szanownej Redakcji na wątek o jakości recenzentów:
http://www.audiostereo.pl/Czy_wierzycie_recenzjom_sprzetu_audio_43675.html
  • Zgłoś

Redaktor
02.06.2008 15:31
Z mojego punktu widzenia, była to reakcja na niektóre idee zawarte w książkce "Gra Endera" O.S.Carda, w części publicystyki Lama oraz w ostatniej dyskusji Żelkowskiego ze Żwikiewiczem w czasopismie "Science Fiction". Redaktor jest od tego, żeby nie tylko forum czytał. Ale prawdę mówiąc, to spodziewałem się w pierwszej kolejności zarzutu prowokacji politycznej. Zawiodłeś mnie, caro rocco :-)
  • Zgłoś
"Grę Endera" przeczytałem wieki temu, Lema czasami czytam na wyrywki.
Jednak moja inteligencja jest chyba zasłaba wobec tak ogromnej paraleli jaką zastosował Pan Oberredaktor. Za Chiny nie wiem co ma miernik do pludraka.
  • Zgłoś
Aha, Signor Redattore.
Lubię ostatnio wszystkich zawodzić, zwłaszcza siebie.
Takie małe hobby.
  • Zgłoś

Redaktor
03.06.2008 14:49
Zaraz paralela... Zwykły tekst o życiu, a ża akurat do napisania go teraz skłoniły mnie skojarzenia z literatury, to chyba naturalne. Mało co, poza chwastami, wyrasta samo z siebie i bez łączności z otoczniem. Mam nadzieję, ze cię nie zawiodłem :-)
  • Zgłoś
Zabójczo Szanowny Panie Redaktorze,

W ierwszych słowach mojego listu pragnę zaznaczyć, iż autor komentowanego artykułu poczynił założenie polegające na przyjęciu a’priori za pewnik, iż Internet jest medium anonimowym.
Nie jest – powszechnie o tym widomo. Zachowanie pełnej anonimowości być może jeszcze jest udziałem wybitnych geniuszy komputerowych, ale na pewno nie zwykłego Kowalskiego.
Każdy uczestnik społeczności Internetu – czy tego chce czy nie - bierze na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania.


Don Redattore pisze, że powszechnym zjawiskiem w Internecie jest brak dyscypliny intelektualnej i odpowiedzialności za słowo, które to z kolei cechy stanowią o tym że osobom wartościowym trudno przebić się w powszechnej kakofonii dyskutantów.
Trudno nie zgodzić się z tym twierdzeniem, niemniej pragnę podnieść, iż społeczności internetowe są odzwierciedleniem stanu intelektualnego i duchowego obecnego społeczeństwa.
Proszę także zauważyć że w każdej epoce historycznej podnosiły się głosy o upadku obyczajów. I w starożytnym Rzymie, i we Florencji za czasów Savonaroli, jak i czasach gdy na ulicach Warszawy pojawiali się pierwsi cykliści, za czasów Beatników jak i w epoce Punk-Rocka...
Zawsze powszechne było pomstowanie na obyczaje.
Upadek jest zatem wpisany niejako w samoświadomość społeczeństwa.
Zatem to nic nowego.


Na tle tego co Szanowny Pan Nadredaktor napisał, pragnę pójść krok dalej i zadać nieco inne pytanie. A mianowicie, czy fakt powszechnego dostępu do takiego medium jakim jest Internet spowodował wzrost kreatywności jego uczestników?

Moim skromnym zdaniem, powszechna dostępność do technologii publikacji, jakiej przykładem jest Internet, w żaden sposób nie wpłynęła na to, iż wzrosła liczba wybitnych jednostek, ciekawych osobowości czy też po prostu osób posiadających cos wartościowego do zakomunikowania.
Pragnę wskazać w tym miejscu jako exemplum, iż upowszechnienie się sprzętu i oprogramowania do tak zwanego Home Recordingu nie spowodowało lawiny objawień na rynku muzycznym.
Tak samo powszechna dostępność przyzwoitej jakości sprzętu fotograficznego oraz programów do edycji grafiki nie wywołała nagłego pojawienia się wielu twórców na miarę Cartiera Bresson, Man Raya czy też Nadara.
Społeczeństwo jest bowiem pewnym tworem zamkniętym pod względem statystycznych możliwości wystąpienia takich jednostek. Póki co żadna technologia nie jest w stanie tego stanu zmienić.


Dlatego też mam śmiałość zakwestionować ważkość wniosków jakie Pan Oberredaktor raczył w swym artykule zmieścić. Skoro bowiem społeczność uczestników Ineternetu jest odzwierciedleniem stanu społeczeństwa, skoro jednostki o bardziej kreatywnym charakterze nie mogą być efektem istnienia tej społeczności, to tak na prawdę zakomunikowany w artykule problem jest marginalny.
Widocznie społeczną potrzebą jest chęć rozrywki, potrzeba poczucia więzi z osobami podobnie myślącymi, tęsknota za działaniem w grupie, chęć obserwowania innych, bądź też pokwakanie sobie do innych – trawersując wypowiedź Pana Nadredaktora.
Internet realizuje przecież te potrzeby, inaczej nie stałby się popularny, a o jego istnieniu dowiadywalibyśmy się z przypisów  w książce do historii.
Może to trudne do zaakceptowania, mając na uwadze źródło jego powstania, ale to fakt. Internet jest formą rozrywki.
A to że przy okazji pozwala się zrealizować osobom o których można powiedzieć że są kreatywne – to już wartość dodana, niejako przy okazji.


Dlatego też kreślę się z uszanowaniem dla Pana Nadredaktora i idę sobie radośnie pokwakać.


PS
Proszę pogłaskać Pana Kota ode mnie.
  • Zgłoś
Ot chochlik. Mialo być "pierwszych".

Kwa, kwa, kwa, kwa...
  • Zgłoś

Redaktor
04.06.2008 17:04
"Don Redattore pisze, że powszechnym zjawiskiem w Internecie jest brak dyscypliny intelektualnej i odpowiedzialności za słowo, które to z kolei cechy stanowią o tym że osobom wartościowym trudno przebić się w powszechnej kakofonii dyskutantów. Trudno nie zgodzić się z tym twierdzeniem, niemniej pragnę podnieść, iż społeczności internetowe są odzwierciedleniem stanu intelektualnego i duchowego obecnego społeczeństwa.[...]"

A czy ja mówię, że nie? Ja tylko polemizuję z optymistycznymi opiniami, jakoby internet wniósł nową jakość do komunikowania się, co poskutkuje niezwykłymi skutkami. Jeśli nawet internet podniósł formalnie "poziom demokratyzacji" (łatwiej jest niby zabrać głos), to nic szczególnego z tego nie wynika jak dotąd. Tzn. w aspekcie pozytywnym, bo w negatywnym owszem: niektórzy politycy itp. osoby publiczne, zabierając głos w sieci, odsłaniają się niechcący bardziej, niż by chciały, co daje do myślenia wyborcom. Tego typu informacja negatywna ma wartość. Ale to są ciągle te same osoby publiczne, co i bez internetu: wykreowane wcześniej poza siecią. W świetle tego rola sieci jako niezależnego od mass mediów i instytucji środowiska pomagającego w np. zrobieniu publicznej kariery jest nadal marginalna, moim zdaniem nie raczej kreuje nowych, niezależnych osobistości.
  • Zgłoś
Wywrotowo Wielce Szanowny Panie Redaktorze


Pragnę zwrócić uwagę Pana Redaktora na pewną niewielką grupkę osób, które z punktu widzenia przeciętnego użytkownika Internetu zachowują się o ile nie  jak szaleńcy to przynajmniej jak osoby którym odmówiono logiki.
Dynamitardów – bo o nich piszę - niesłusznie myli się z trollami internetowymi co jest z gruntu fałszywie i niesprawiedliwe dla tych pierwszych.
Zjawisko trollingu oraz osobowość trolla były już przedmiotem badań, czego wynikiem jest wyekstrahowanie cech właściwych temu zjawisku a także zlokalizowanie jego źródeł pochodzenia.
Jednym z elementów w tym zakresie wskazanych jest aspekt podejmowania działania z niskich pobudek takich jak urażona duma, niezaspokojona ambicja kompleksy, etc...
Zjawisko usługowego trollingu, pojawiającego się coraz częściej pozostawmy na boku. Jego źródłem także są niskie pobudki, nie mniej nieco innego rodzaju.

W odróżnieniu od trolla dynamitard działa pod względem duchowym i intelektualnym na wskutek bodźców wyższego rzędu,. Dynamitard jest bowiem idealistą, jest osobą z misją do wykonania, jest człowiekiem którego zżera wizja celu jaki ma do zrealizowania.
Dynamitard z natury jest anarchistą, chociaż stopień w jakim dany przedstawiciel tej rzadkiej populacji odrzuca przyjęte normy i instytucje społeczne bywa różny.
Celem podstawowym dynamitarda wywołanie wstrząsu u innych użytkowników Internetu, a poprzez ten wstrząs doprowadzenie do przerwania chociaż na chwilę powszechnego kwakania co zdaniem dynamitarda może się zakończyć powstaniem refleksji.
Tak, dynamitard walczy z powszechną biernością, nudą, rozrywką, powielaniem stereotypów oraz wieloma innymi negatywnymi aspektami życia w sieci.
Chciałby on zniszczyć Internet w tej postaci jakie znamy i doprowadzić do wytworzenia się – jak ona sam uważa - społeczności nowego typu, składającej się z ludzi aktywnych,  świadomych, kreatywnych i wolnych (cokolwiek ta wolność dla dynamitarda znaczy, bowiem rządy anarchistów pachną także totalitaryzmem i rzezią, o czym można było się przekonać w trakcie wojny domowej w Hiszpanii).

Oczywiście wizja dynamitarda jest całkowitą utopią, niemniej pomimo posiadania w tym zakresie pełnej świadomości a także pewności co do własnej zguby, osobnik ten jednak nie rezygnuje ze swoich działań. Nieświadomie staje się podobny swoim XiX-wiecznym pierwowzorom takim jak Ravachol, Vaillant czy Henry...
Laurent Tailhade napisał  - „Cóż znaczą ofiary kiedy gest jest piękny.”

Można podziwiać ten wallenrodyzm, można go wyszydzać, można walczyć z nim i  nienawidzić, ale trudno przejść obok niego obojętnie. I tu być może jest wartość tego zjawiska. Być może właśnie w ten sposób dynamitard w jakiś sposób chociaż częściowo osiąga swój sukces.
Bo w końcu rodzi się w nas pytanie – co my tu …(kwa, kwa)… robimy Szanowny Panie Redaktorze?
No właśnie, co?


Wraz z rewolucynym pozdrowieniem, przesyłam wyrazy uszanowania dla Pana Redaktora i Pana Kota
  • Zgłoś

Redaktor
05.06.2008 09:28
"Celem podstawowym dynamitarda wywołanie wstrząsu u innych użytkowników Internetu, a poprzez ten wstrząs doprowadzenie do przerwania chociaż na chwilę powszechnego kwakania co zdaniem dynamitarda może się zakończyć powstaniem refleksji. Tak, dynamitard walczy z powszechną biernością, nudą, rozrywką, powielaniem stereotypów oraz wieloma innymi negatywnymi aspektami życia w sieci [...]."

Rewolucja, tak. Największe oszustwo w dziejach ludzkości: na plecach rewolucjonistów, którzy szybciutko idą do piachu, zawsze pną się w górę arywiści. Zaś w rzadkich wypadkach, kiedy autentyczni rewolucjoniści dochodzą do władzy, nie dając się wyonacyć po drodze, sami się degenerują i powstaje coś takiego, jak Kuba. Cierpią na tym całym  bałaganie tylko ci, w imieniu których podobno rewolucjonista się odbywa. Szanuję ludzi, którzy poświęcają swe życie idei, jednak budzi zastanowienie, jak wiele rewolucji w dziejach okazało się nieudanymi. Można to wręcz nazwać prawidłowością. W sumie, jak stwierdził Chesterton, "...w rewolucji nie ma nic poetycznego. Jest to bowiem nic innego, jak rzyganie. A najbardziej poetycznym zjawiskiem świata, bardziej poetycznym niż kwiaty czy zachód słońca, jest człowiek, który nie wymiotuje".
  • Zgłoś
Don Redattore.

Słowo rewolucja ma wiele znaczeń. Jak rozumiem Pan Oberredaktor użył go w rozumieniu "zamachu stanu", czyli gwałtownego i siłowego przejęcia władzy.
Mamy przecież inne znaczenia - może budzące lepsze skojarzenia -terminu "rewolucja". Na ten przykład rewolucja technologiczna, rewolucja neolityczna, rewolucja moralna, rewolucja seksualna, rewolucja kopernikańska i wiele wiele innych.
Nie czuje się kompetentny aby się wypowiadać w kwestii rewolucji jako takiej, dlatego też ocenę zjawisk rewolucyjnych pozostawiam historykom.
Nie mniej - na poziomie czysto subiektywnym - podzielam niechęć Pana Redaktora do zjawisk siłowego przejmowania władzy.

Na marginesie pragnę zwrócić uwagę, iż moja wypowiedź wcale tematyki rewolucji nie dotyczyła.


Kreślę się z pozdrowieniem
  • Zgłoś
Podrzuciłbym jeszcze jeden ważny aspekt anonimowości w sieci. Egalitaryzm.
Fascynująca, demokratyczna i zgodna koegzystencja kompletnie różnych w realu światów.
Odrzućmy wąskospecjalistyczne zabawy- zbieraczy czołgów, czy zegarków IWC,  a popatrzmy choćby na nasze forum.. Kogo tu nie ma. Od faceta, który już nawet w garażu postawił Accu, czy Levinsona, do czystego  folkloru w postaci budujących słuchawki z połówek kokosa. Wszystko koledzy, którzy sobie pomagają, doradzają...i kłócą się zawzięcie, ale jako partnerzy. Czy to nie jest piękne?
Czy bez tej anonimowości byłoby to takie same? Czy  czytając niektóre dyskusje, w których pod nicki jesteście wstanie podłożyć konkretniejsze info o osobach,  nie chwyta was czasami refleksja, że to jest tylko zabawne? Bo już patrzycie przez pryzmat realu.

Zapominacie Panowie o jeszcze jednej, coraz większej grupie użytkowników w sieci.
Ludzi mających komfort bycia niezależnym i mogących tę niezależność konsumować na różne sposoby. Żadnych tam rewolucjonistów, anarchistów, czy idealistycznych małolatów, ale poważnych facetów, często starych cyników, którzy czerpią prostą przyjemność z mówienia prawdy. Nie będąc korporacyjnym, ubezwłasnowolnionym trybikiem kierowanym przez instynkt samozachowawczy ,potrafią być sporym kłopotem dla różnych komercyjnych grup dyskusyjnych.
  • Zgłoś

Redaktor
05.06.2008 14:48
Mówienie prawdy jest sztuką, której zakres obejmuje wszystko co mieści się pomiędzy mówieniem prawdy w trosce o dobre skutki działań, aż do bezmyślnego wyrażania chwilowych emocji. Z punktu widzenia mówiącego i to i to może być prawdą, ale jaka różnica.
  • Zgłoś
Jeżeli dana wypowiedź jest zgodna z dobrą wiarą osoby wypowiadającej daną kwestię - to żadna różnica.
No chyba że przyjmiemy za pewnik marksitowską teorie prawdy obiektywnej...

Chylę czoła
  • Zgłoś
„Mówienie prawdy jest sztuką, której zakres obejmuje wszystko co mieści się pomiędzy mówieniem prawdy w trosce o dobre skutki działań, aż do bezmyślnego wyrażania chwilowych emocji. Z punktu widzenia mówiącego i to i to może być prawdą, ale jaka różnica.”

Eeech, myślę, że bawisz się słowami. Choć w kategoriach pragmatycznych pewnie masz rację.
Uelastycznianie pojecia prawdy jest wygodne. Ucisza dylematy moralne. Uzasadnia naszą bezradność, albo determinację. (Czy determinacja jest też bezmyślnym wyrażeniem emocji?)  
Społeczeństwa próbują wprowadzać zabezpieczenia i szczepionki już na etapach wstępnych naszego wychowania. Choćby zakaz stosowania kar cielesnych wobec maluchów.
Dziecko przekazuje prawdę na poziomie chwilowych emocji. Często właśnie bezmyślnie.
Akceptujecie bicie dzieci?
Mały klaps jest dozwolony?  A lekkie bicie paskiem? Gdzie w tym przypadku leży granica między Sztuką Prawdy, a Cierpliwością i Przyzwoitością?  W niewinnym słówku Zakres?

Od wolności w sieci, przez ludzkie ambicje w tle i streszczenie lektur, doszliśmy do prawdy.
Może to dobry moment  (pretekst?) na powtórzenie pytania z bocznicy, które spotkało się tam z godną podziwu małomównością kolegów.Tym bardziej, że w jakiś sposób wpisuje się w tematykę tej dyskusji.
A co Panowie sądzicie o autocenzurze w recenzjach i ogólnie o cenzurze w komercyjnej części netu?
Pamiętacie? Pan K. poczuł się dotknięty jakimś artykułem i polecił firmom swojego holdingu wycofanie wszystkich ogłoszeń- po raz pierwszy publicznie ujawnił się problem współzależności.
Media branżowe, zwłaszcza internetowe żyją z reklamodawców, bo czytelnik i surfer ich nie utrzyma.
Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację. Recenzent ocenia żle wyroby głównego reklamodawcy. Ten uznaje, że w takim razie przenosi się gdzie indziej. Jak długo właściciele medium będą finansować nierentowne przedsięwzięcie?
Czy w trosce o własny interes (kasę, prestiż, legitymację prasową- więc drobne przyjemności) recenzent nie będzie się pilnował?
Czy w imię tych samych racji zarządzający jakimś forum nie będzie też pilnował, by nawiedzone oszołomy/normalni niezależni (i/lub) nie naruszały swoim zbytnim kwakaniem interesów reklamodawców?

Wracając więc do początku. Czy jest jedna prawda o necie? Może każdy ma swoją Prawdę?
Może rzeczywiście trafniej będzie rozmawiać o Sztuce Prawdy? A dokładniej o jej Zakresie?
  • Zgłoś

Redaktor
05.06.2008 21:58
Nie chodzi mi o uelastycznienie pojęcia prawdy, właściwie przeciwnie, chodzi mi o uściślenie. Człowiek pod wpływem emocji plotący, co mu ślina na język przyniesie, subiektywnie mówi prawdę i nawet obiektywnie też - prawdę o swoich emocjach. Jeśli się go zgani albo (w internecie) usunie jego wypowiedź jako napastliwą i niesprawiedliwą, może w poczuciu dokonanej NA NIM niesprawiedliwości zapłonąć świętym gniewem. Bo pisał uczciwie to, co myślał, nie kłamał świadomie, nie wziął za to pieniędzy i w ogóle. Tylko że to nie wystarczy. Bo do ferowania wyroków potrzeba jeszcze mądrości i sprawiedliwości. "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" - z tym mamy wszyscy największy problem. Gdyby ci, co wydają łatwo ciężkie wyroki, byli zdolni zapytać najpierw siebie w duchu "czy jestem wystarczająco mądry i sprawiedliwy?", świat byłby innym miejscem.
  • Zgłoś
Droga Redakcjo, tak sobie kuknąłem na to z rana, przeleciałem szybko wzrokiem z góry na dół i powiem tylko tyle że mocno zalatuje mi to wszystko sofizmatami.
  • Zgłoś
E, bo my już teraz już włos na czworo dzielą chłopaki i dziewczyny. Tekst że tak powiem źródłowy był o konkretnym zjawisku, a potem jakoś zeszło na roztrząsanie Bóg wie czego :-) Trzeba by wrócić do konkretów.
  • Zgłoś

Redaktor
06.06.2008 07:51
Racja, czuję się poza przednią linią swoich kompetencji, filozof że mnie żaden. Proponuję wrócić do konkretów.
  • Zgłoś
Po prostu Szanowny Panie Redaktorze

Rozpoczął Pan dyskusję wskazując na pewne kwestie wartości Internetu.
Potem sam Pan Redaktor podniósł kwestię prawdy i uczciwości w wypowiedziach publikowanych w Internecie.

To ważka kwestia dlatego też myślę że szkoda odchodzić od tego tematu.

Myślę że warto ją kontynuować w nawiązaniu do wątku na temat zaufania do recenzentów, który to wątek dziwnym zrządzeniem losu został zesłany na Bocznicę aby utoną gdzieś pomiędzy dyskusją o humorze a kłótniami o politykę. A przecież wątek ten dotyczy też pewnych istotnych wartości ważnych także dla serwisów Internetowych, takich  jak prawda, uczciwość, obiektywizm.

Czytającym ten wątek polecam spojrzenie na:
http://www.audiostereo.pl/Czy_wierzycie_recenzjom_sprzetu_audio_43675.html

Jeszcze raz, Panie Redaktorze – nie uciekajmy od ważkich pytań.
Może to właśnie ten czas i miejsce aby próbować szukać odpowiedzi.


Pozdrawiam serdecznie
  • Zgłoś
He he, wątek na powyższe tematy chyba bardziej dotyczy tematyki "pozostałej", niż "stereo", więc jego pobyt na Bocznicy jest dla mnie np. naturalny. Można zaproponować zmianę tytułu Bocznicy na Kuźnię Prawd Transcendentnych, i już będzie prestiżowo okay.
  • Zgłoś

Redaktor
06.06.2008 10:59
No, zmiana nazwy Bocznicy na jakąś bardziej, ehm, afirmatywną nie jest złym pomysłem, chociaż nie sądzę, że gwałtownie skoczy od tego jakość dyskusji. Tylko jak wówczas będzie się nazywać tzw. orłów bocznicy?
  • Zgłoś

Redaktor
06.06.2008 11:18
"To ważka kwestia dlatego też myślę że szkoda odchodzić od tego tematu."
...

Kwestia jest ważka, ale dwóch-trzech gadającyh od niechcenia tematu nie uciągnie. Zasygnalizować problem w (być może) interesujący sposób to jedno, a zorganizować regularne seminarium, to drugie. Tym bardziej, że jak od razu zaczynają się nam odskoki w abstrakcję i zaraz zaczniemy dyskutować na temat, "czy immanentne zło jest możliwe w socjalizmie". A zacząłem (mam na myśli swój tekst) od wąższego problemu, jakim są przyczyny, dla których internet moim zdaniem zawodzi jako opiniotwórcze medium.
  • Zgłoś

Redaktor
06.06.2008 11:19
Pardon my orthography.
  • Zgłoś
Mogę wtrącić?

Szanowna Redakcja moim zdaniem mylnie interpretuje Internet jako taki. Otóż Internet ani nie jest miejscem, ani nie jest poza cenzurą. Internet jest techniczną "możliwością", a każdą wypowiedź umieszaczamy w jakimś konkretnym miejscu, a nie "w internecie". Każda strona, forum, blog czy jakiekolwiek miejsce, gdzie możemy zapisać i upublicznić naszą wypowiedź ma swojego gospodarza. A że gospodarz czasami kompletnie nie panuje nad swoim polem albo go to w ogóle nie obchodzi to już zupełnie inne zagadnienie.

Redakcja narzeka też na niemożność przebicia się z dobrym tekstem. A gdzie redakcja umieszcza taki tekst? Wśród kwa-kwa? No to mówiąc słowami pewnej małej dziewczynki z filmu Kolskiego: "co się dziwisz?".

Pozdrawiam
  • Zgłoś

Redaktor
06.06.2008 21:13
Oczywiście, że internet jest możliwościoą. Mam jednak wrażenie (i nie ja jeden), ze pierwotne idealistyczne poglądy na temat jego zastosowania cnie znalazły pokrycia w rzeczywistości. To trochę jak z demokracją :-)
  • Zgłoś
Chyba raczej z socjalizmem. :-)

Nie przypominam sobie żadnych górnolotnych obietnic dotyczących internetu. Od zawsze mówiło się tylko, że internet dotrze wszędzie. I ta obietnica już się mniej więcej sprawdziła. A masa, jak wiemy, nie tworzy jakości.
  • Zgłoś

Molibden
06.06.2008 23:23
Kondycję umysłową internautów można  grubsza ocenić poprzez ich "blogaski", komentarze pod tekstami publicystycznymi, politycznymi głównych portali, wpisy na forach (świetny przykład na Tlenie)... Pojawiło się pokolenie "dzieci neostrady", które, gdyby nie masowa komputeryzacja nie miałoby takiej możliwości.
Inna sprawa, za ten efekt odpowiada "unarodowienie" czyli spolszczenie systemów operacyjnych i oprogramowania. Piękne to były czasy gdy podstawą obługi komputera był zestaw komend w języku angielskim, opanowanych na kursie "informatyki" czy "obsługi maszyn cyfrowych". Nieco później wszedł graficzny interfejs użytkownika. Co prawda, przydatność do komunikacji internetowej i wyposażnie w tą wiedzę do niczego się wówczas nie zdały bo komputery nie były podłączone do internetu.
Jedyną ekstrawagancją na jaką można było sobie wówczas pozwolć było napisanie i wysłanie e-maila (tylko - do kogo?), pobranie pliku z uniwersyteckiego serwera FTP i pogaduchy na IRCu za pomocą terminala znakowego IBM :)
Łatwość obsługi nowego medium i masowy do niego dostęp ograniczone są tylko szybkością pisania na klawiaturze internauty i zdolnością do nauczenia się kilku kliknięć myszą na pulpicie.
  • Zgłoś
Do stworzonej tutaj klasyfikacji stworów internetowych dorzucę jeszcze najnowszy przeszczep z realu związany z komercjalizacją miejsc będących dotychczas siedliskiem pozostałych gatunków

Podręczny.
Mały ludzik zajmujący się nadawaniem prawidłowego kierunku i pilnujący właściwej interpretacji.
Gotowy tracić twarz na akord, w zamian za okruchy ze stołu, lub Iluzję Współuczestnictwa.
Jego zadaniem jest uniemożliwienie lub skuteczne utrudnienie prowadzenia obiektywnej rozmowy na tematy niewygodne dla Właściciela Podręcznego.
Co interesujące, właścicielami Podręcznych bywają często Niezależni, a cena nabycia Podręcznego potrafi być zaskakująco niska,
  • Zgłoś

Redaktor
07.06.2008 13:37
"Łatwość obsługi nowego medium i masowy do niego dostęp ograniczone są tylko szybkością pisania na klawiaturze internauty i zdolnością do nauczenia się kilku kliknięć myszą na pulpicie."

Niespodziewanym ubocznym skutkiem pozytywnym jest opanowanie pzrez większość populacji czynności, która kiedyś nazywała się "pisanie na maszynie". Niegdyś wąska specjalność zawodowa, dziś jest zdobyczą milionów :-) (Ja sam uczyłem się jeszcze na maszynie, Erice konkretnie). Jest to zapewne sytuacja przejściowa, zabawa się skończy w upowszechnieniem systemów analizy mowy.
  • Zgłoś
You do not have permission to leave comments on this artykuł



Zobacz też

Test odtwarzacza Ayon CD-1

Test odtwarzacza strumieniowego Linn Sneaky Music DS

Stereo po szkocku

Kombinacja optymalna, czyli Rotel RCD-1570 i RA-1570 z głośnikami B&W 683 S2

Elac Uni-Fi BS U5 Slim

Wyszukaj Artykuł

Przystępując do Klubu zyskujesz:

  • Dostęp do dodatkowych artykułów i testów sprzętu
  • Promowanie zamieszczonych ogłoszeń sprzedaży lub kupna
  • Zniżki na zakupy w sklepach partnerskich
  • Kartę członkowską Klubu
  • Możliwość udziału w cyklicznych spotkaniach klubowiczów:
    • spotkania ze specjalistami z branży audio
    • spotkania z innymi audiofilami
    • darmowy catering
  • Przypisanie do grupy "Klubowicz" na forum, a co za tym idzie:
    • większą skrzynkę na wiadomości PW
    • możliwość edycji własnych postów przez 30 minut od publikacji
    • większe limity na umieszczane załączniki
    • większe limity w zakładce Galeria
    • większe limity w zakładce Blogi
    • możliwość tworzenia blogów prywatnych i tylko dla przyjaciół

Najnowsze komentarze





Klub.AudioStereo.pl - Artykuły, porady, felietony, konkursy, recenzje audio, testy sprzętu i wiele innych ciekawych informacji.
Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

Na naszej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej - więcej o tym w Naszej polityce prywatności. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia.

Akceptuję   Zmiana ustawień