Skocz do zawartości

Audiostereo.pl: Audiostereo Forum - Audiostereo.pl


Logo Magazyn
Witamy ponownie, Gość


Odtwarzacz CD SoundArt Rock II

18.02.2014 23:00 | jozwa maryn w Źródła
  • Nie możesz edytować tego wpisu
Warszawski producent SoundArt jest firmą znaną w całym kraju. SoundArt jest znany w całym kraju zarówno z dobrego brzmienia swoich produktów, jak i z fantazyjnego wzornictwa, które nie przypomina niczego innego w bliższej i dalszej okolicy. Swego czasu pewien bardzo dobrze mi znany recenzent (którego nazwiska nie wspomnę z powodu skromności) napisał, że gdyby Cyganie latali w kosmos, to właśnie czymś przypominającym wczesne projekty Sylwestra Witkowskiego. Ten recenzent jest zdania, że jego opinia jest aktualna do dziś, ale w ubiegłym roku świat ujrzał nowy projekt SoundArtu, kojarzący się mniej futurystycznie, a bardziej sielsko. Otóż swój najnowszy odtwarzacz spółka Witkowski & Lewandowski zbudowała wokół czegoś w rodzaju żurawia studziennego. W relacji z zeszłorocznego Audio Show, gdzie obiekt po raz pierwszy zaprezentowano światu, pozwoliłem sobie umieścić krotochwilnie odtwarzacz Rock w części relacji dotyczącej sprzętu analogowego, a to ze względu na ramię mające symulować napęd gramofonowy. Jednak po rzetelnym namyśle doszedłem do wniosku, że zamiast skojarzeń z oldskulowymi wyrobami Foniki mamy tu do czynienia z nawiązaniem do jeszcze dawniejszych czasów, kiedy długie drągi z wiadrami na końcu opuszczały się do ocembrowanych studzien, aby wydobyć na światło ożywczą wodę, jakże potrzebną zarówno w hodowli, jak i w domowym gospodarstwie. Trzoda zbiega się z radosnym kwikiem, gospodyni rozlewa wodę do koryt, a potem długie ramię schyla się znowu „nad rybną studnią bez dna”, jak to słusznie zauważył poeta Wojciech Bellon. Cóż to za ramię, ramie niezwykłe, ramię tajemnicze! Ramię, które znalazło się tam nie bez konkretnego celu, ale o tym za chwilę.

Zaintrygowany? Idźmy zatem dalej, czytelniku! Całe urządzenie przypomina w znacznym stopniu inne projekty SoundArt i nie bez powodu, odtwarzacz bowiem zainstalowano w obudowie nawiązującej do wzmacniacza SA Rock II, który miałem przyjemność testować jakiś czas temu. Odtwarzacz w założeniu stanowi uzupełnienie podstawowej linii elektroniki Sound Artu, tworząc z tym wzmacniaczem system ujednolicony wzorniczo i pod względem konstrukcyjnych założeń. Jak przystało na entry level tej firmy, urządzenie zajmuje skrzynię odpowiadającą rozmiarami większości hi-endowych wzmacniaczy zintegrowanych. Przypominam, że pierwsza wersja wzmacniacza SA Jazz była swego czasu największym wzmacniaczem zintegrowanym na świecie i przebił go pod tym względem dopiero wzmacniacz Krell FBI. Firma z warszawskiej Pragi nie lubi półśrodków, toteż ich mniejsze produkty odpowiadają dużym produktom innych wytwórców. Wynika to z faktu, że po pierwsze, wnętrza muszą pomieścić lampowe przedwzmacniacze (w przypadku integr) lub lampowe stopnie wyjściowe (w przypadku odtwarzaczy), po drugie natomiast muszą pomieścić potężne zasilacze z wieloma transformatorami, które stanowią cechę szczególną całej elektroniki SoundArtu. Tak zaawansowane zasilanie odpowiada również w znacznym stopniu za dźwięk tych urządzeń i spodziewałem się, że i w tym wypadku nie będzie skuchy.

Odtwarzacz (pomijając wierzch obudowy) wygląd bardzo prosto. Na froncie mieści się wyświetlacz fluorescencyjny w spokojnym zielonkawym kolorze, umieszczony za dymną szybą tworzącą razem z metalowymi płytami frontu literę „V” – charakterystyczny element wzorniczy SoundArtu. Z tyłu minimalizm absolutny, widnieje tam jedynie gniazdo IEC oraz jedna para analogowych wyjść XLR. Żadnych złączy cyfrowych, a nawet żadnych gniazd RCA, co już wydaje mi się przesadnym puryzmem. Na miejscu producenta dodałbym jedną parkę wyjściowych czinczów dla zwiększenia kompatybilności sprzętu. Sterowanie funkcjami odbywa się z prostego, ale wygodnego pilota lub za pomocą rzędu przycisków na górnej płycie.

IMG_1126k.JPG IMG_1127k.JPG

Górna płyta wymaga osobnego akapitu. Rock jest top-loaderem bez pokrywy. Płyta figuruje bezpośrednio na napędzie nie przysłonięta niczym, jak w japońskich odtwarzaczach 47labs lub w urządzeniach Ancient Audio. Pociąga to za sobą konieczność pewnego dodatkowego rozwiązania i stąd właśnie obecność studziennego żurawia. Otóż w większości top-loaderów zasuwana lub w inny sposób zamykana pokrywa uruchamia jednocześnie mechanizm odczytu TOC (tablicy zawartości) płyty CD. W napędach bez pokrywy odczyt trzeba włączać w jakiś inny sposób. W odtwarzaczach Ancient Audio z serii Lektor używa się do tego po prostu dodatkowego przycisku na górze obudowy. Rock natomiast ma ramię. Opuszczenie ramienia uruchamia przycisk, po czym płyta zaczyna wirować i na wyświetlaczu pojawia się po sekundzie typowy obraz zawartości płyty. Odtwarzacz jest gotowy do działania i można już zwyczajnie nacisnąć „start”. Po skończeniu odtwarzania ramię należy podnieść: wówczas na wyświetlaczu pojawia się napis „open”. Nie ma w tym nic szczególnie niezwykłego, identycznie działają przyciski odczytu TOC w wielu innych top-loaderach, oryginalnym elementem jest natomiast cała armatura w postaci ramienia służącego do naciskania tego guzika. Należy dodać, że wszystko to działa bezbłędnie: napęd jest szybki i cichy, odczyt niemal natychmiastowy, ramię funkcjonuje sprawnie i w ogóle wszystko jest bardzo profesjonalnie, mimo skojarzeń ze studnią na Podlasiu.

Oprócz ramienia górną płytę zdobi jeszcze typowy dla SoundArtu zestaw łbów od śrub, co w każdej recenzji staram się piętnować, ale producent niezbyt się moimi wybrzydzaniami przejmuje. Osobiście naprawdę wolałbym, żeby te śruby były wpuszczone, a jeśli już muszą wystawać, to niech chociaż będą czarne. Ale cóż, siła wyższa, podobno nie ma dobrych czarnych śrub i muszę tym wyjaśnieniem się zadowolić. Osobiście przypuszczam, że wytwórca kupił kiedyś kontener wkrętów i będzie ich używał, dopóki zapas się nie kończy. Natomiast trudno mi wybaczyć widok rzędu przycisków sterujących. Znajdują się po lewej stronie górnej płyty (patrząc od frontu) i niczym by się nie wyróżniały, bo działają sprawnie i są w miarę estetyczne. Jednak po pierwsze, nie opisano ich, po drugie natomiast, na początku i na końcu rzędu przydano im po jednej śrubie (znowu!), zapewne mocującej całość od spodu do wierzchu obudowy. Śruby są w kolorze przycisków i tak je zainstalowano, że w pierwszej chwili można je wziąć za dodatkowe guziki do naciskania, tylko takie trochę mniej porządne. Panowie, litości. Takich rzeczy nie robi się klientom. Obecność żurawia można uznać za ekscentryzm, ale ten numer to już sadyzm.

Ale żarty się skończyły. Mając przed sobą wielki kloc z dziwaczną fidrygałką na wierzchu, usiadłem w fotelu i wcisnąłem przycisk „start” na pilocie. Płyta zawirowała i popłynęła muzyka. Zaczął się test.

Niemal od pierwszych taktów miałem ochotę zabrać się do notowania, ale postanowiłem wstrzymać się jakiś czas, przerzucić kilka płyt, odczekać parę dni aż wrażenia się potwierdzą. Dopiero gdy umocniłem się w przekonaniach, zacząłem słuchać i pisać jednocześnie. Odtwarzacz spędził u mnie około miesiąca, wziął też udział w innych testach jako źródło i teraz, gdy wrócił do producenta, mogę rzetelnie napisać, co słyszałem. Otóż proszę Państwa, to jest świetne źródło cyfrowe. W notatkach widzę napisane jak byk słowo „rewelacja” i mimo, że nie powinno się rzucać takich słów zbyt często, nie mogę się wyprzeć własnych wrażeń. Podczas testu Rock najpierw zmaltretował moje źródło cyfrowe, następnie przejechał jak kombajn po źródle nieskompresowanych tzw. gęstych plików, po czym zaczął pogrywać sobie z porządnym gramofonem analogowym. Dawno nie miałem tak dobrego słuchania. Ten test stanowi rzadki przypadek w mojej biografii. Zacząłem zwyczajnie od niezobowiązującego położenia jednej czy drugiej płyty. O ile pamiętam, było to nagranie Cyro Baptisty, potem sięgnąłem po jakąś powietrzną płytę nagraną przez ECM. Od razu odniosłem wrażenie takiego skoku adrenaliny, że aby jakoś usystematyzować wrażenia sięgnąłem po sampler, była to akurat płyta Linna. Od tego momentu zaczęło być nietypowo, bo był to jedyny test w mojej dotychczasowej karierze, który przeprowadziłem właściwie tylko na samplerach wytwórni audiofilskich. Dźwięk był tak wciągający, że nie chciałem go psuć przypadkowymi nagraniami. Zawsze uważałem, że osoby utrzymujące, jakoby „wszystkie odtwarzacze CD grały tak samo” są głuchawe. Jeśli teraz przyjdzie do mnie ktoś z taką tezą, wyrzucę jego kapelusz przez okno na ulicę, a samego poślę zaraz w ślad za nim.

IMG_1129k.JPG IMG_1130k.JPG

Panowie Lewandowski i Witkowski nie wprowadzają często nowych modeli do oferty, ale jeśli już coś zrobią, jest to zwykle urządzenie, bez którego świat byłby uboższy. CD Rock jest typowym przykładem tego zjawiska. Ten odtwarzacz jest wybitny, na podsatwie własnych doświadczeń najchętniej porównałbym go do wyższych modeli Naima, plus lepsza stereofonia. Swego czasu byłem pod wrażeniem odtwarzacza Naima z serii CDX ze względu na unikalne połączenie muzykalności ze wspaniałą dynamiką. Rock przypomina mi tamten dźwięk. Istnieje opinia, że dynamika odtwarzaczy Naima bierze się w znacznym stopniu z zaawansowanego zasilania stosowanego przez inżynierów z Salisbury. Przypominam w takim razie, że inżynierowie z warszawskiej Pragi słyną właśnie z montowania w swoich wielkich gratach wybitnych zasilaczy. To, plus lampowy stopień wyjściwy Lewandowskiego, daje efekt wart dwakroć takich pieniędzy, jakie żądane są za to źródło.

Przechodząc z kategorii wróżenia z bebechów do kategorii melomańskich, źródło SA wniosło do mojego systemu po pierwsze realną makrodynamikę. Myślałem, że ją mam. Nie miałem. Dynamika wiąże się tutaj z bardzo nisko schodzącym, a jednocześnie szybkim i kontrolowanym basem. Na utworze fortepianowym z samplera Linna dało to rewelacyjny realizm niskich dźwięków fortepianu. Uważałem (i nadal uważam) że mam bardzo przyzwoite źródło, warte rekomendacji w swojej cenie. Jednak Rock pokazał Tentowi parę sztuczek na basie, któreych ten dotąd nie widział. Ten dźwiek naprawdę był inny i to na korzyść warszawskiej konstrukcji. Po pewnym czasie przestałem przełączać pomiędzy tymi źródłami, bo nie było sensu. Jeśli można słuchać lepszej muzyki, to po co fundować sobie „zwykłą”.

Oprócz wspomnanego rozmachu i jednocześnie precyzji na basie, Rock dawał muzyce świetną powietrzność, poczucie przestrzeni. Wybrzmienia były zarówno lepiej słyszalne, mocniej nasycone barwą, jak i po prostu dłuższe. Skutkowało to też większym poczuciem obecności pomieszczenia, w którym nagrywano muzykę. Ponieważ słuchałem głównie z samplerów, przeleciałem szybko wiele rodzajów muzyki. Wspomniałem już o fortepianie solo, który był naprawdę super. Małe składy jazzowe również zyskały, głównie dzięki realizmowi kontrabasu, właściwemu oddaniu barwy oraz przestrzenności perkusji. Można z tego wywnioskować, że największy postęp Rock zalicza w wysokich i w niskich tonach. Coś w tym jest, a że to dodaje muzyce atrakcyjności, czyni ją bardziej efektowną, to tym lepiej. Sukces na odsłuchach gwarantowany i nie ma to nic wspólnego ze staroniemieckim ułożeniem pasma przenoszenia „w wannę”. Przeciwnie, jest wreszcie tak, jak być powinno.

Wokale i instrumenty operujące w środku pasma, jak saksofon, również nie pozostawiały nic do życzenia. Nie chgciałbym pozostawić wrażenia, że skoro dół był wybitny, to średnica taka sobie. Skądże, średnie tony tylko zyskują, jeśli posadowi się je na fundamencie dobrego basu. Jak wspomniałem, Rock jest świetny barwowo. Co więcej dodać? W wokalach oprócz pięknych barw był realizm, niezbędna chrypka tam gdzie trzeba, panie nie piszczą tylko śpiewają pełną piersią, a nie jest ona zwykle mała. Jak wiadomo, śpiewaczki mają zwykle tzw. gabaryt. Rock potrafi oddać mu sprawiedliwość. Gdy słyszę „I love Paris”, to na pierwszym planie rosła pani z chrypką kocha Paryż, na drugim wyznaje swe uczucia fortepian, a na jeszcze innym skrzypce i tak dalej. I to jest to.

IMG_1131k.JPG IMG_1133k.JPG

Z zainteresowaniem wysłuchałem też paru nagrań ze starego samplera JMLab. Ta płyta zawiera muzykę nagraną czysto i dynamicznie. Zwłaszcza takie utwory jak „Ballet des Coqs” Praetoriusa czy „Bleu Rondo Chinois” Bontempsa nie pozostawiły niedosytu. Znowu szybkość, kontrola i nasycenie. Rzadko ma się chęć wysłuchania audiofilskiego samplera do końca. To był ten przypadek. Tylko kończących płytę testów na odtwarzania poszczególnych tonów nie chciało mi się już słuchać. A jeszcze przecież dynamiczne „As long as live” Bardiniego, ze wspaniałym saksofonem i basem, a jeszcze Satie… W pewnym momencie wyskakuje nagle chór a capella, rozdzielczy, przestrzenny, świetnie słyszalny. Dzięki Rockowi przypomniałem sobie, jak bardzo lubiłem te nagrania. Dziękuję, panowie z SoundArtu!

Testowany odtwarzacz znacznie przekroczył moje oczekiwania. Klasa cenowa 10 tysięcy w przypadku odtwarzaczy to obecnie takie ni to ni owo. Można w niej znaleźć wypakowane po brzegi cedeki produkcji chińskiej albo puste w środku odtwarzacze firm z tradycjami, często również pochodzące z okolic Mongolii Wewnętrznej. Czasem trafi się ambitny produkt europejski lub amerykański, jednak częsty jest też kit nie wiadomo skąd. Rock odstaje od tego towarzystwa wyraźnie. Jest to oryginalny europejski wyrób, według autorskiej koncepcji, produkowany w niewielkiej manufakturze, który brzmi dwa razy drożej, niż kosztuje. Zestawianie go z urządzeniami z jego klasy cenowej to okrucieństwo, bo on zasługuje na dużo więcej. Jestem pod wrażeniem. I tylko sugestia pod adresem producenta: proszę zastąpić to dziwaczne ramię masywną, przesuwaną pokrywą. Może (a nawet powinna!) wyglądać jak ścięta piramida egipska albo jak element ukradziony z „Titanica”, może zwiększać koszt urządzenia o tysiąc złotych, ale naprawdę warto skorygować ten detal, żeby całość ukazała się w tym lepszym świetle.

Tekst i zdjęcia: Alek Rachwald


Szczegółowe dane:
Producent: Sound Art
Cena: 11 000 pln

System:
Kolumny: Avcon ARM
Gramofon: Ad Fontes/Origin Live Zephyr 12”/ZYX R-50
Przedwzmacniacz gramofonowy: ModWright SWP 9.0 SE
Źródła cyfrowe: Linn Karik I, Tent Labs b-DAC
Wzmacniacz: SoundArt Jazz
Kondycjoner: Enerr Point One
Kabel cyfrowy: Stereovox HDXV 75 Ohm
Przewody głośnikowe: Argentum 6/4
Przewody sygnałowe: Argentum Silver RCA, Velum NF-SX
Kable zasilające: Vovox Initio


Zobacz też

Test odtwarzacz Accustic Arts CD-Player1

Test przedwzmacniacza Air Tight ATC-3

Test głośników Dynaudio Confidence C1

ReAr POWER 71, 71G, 72G

RHA CL750

Wyszukaj Artykuł

Przystępując do Klubu zyskujesz:

  • Dostęp do dodatkowych artykułów i testów sprzętu
  • Zniżki na zakupy w sklepach partnerskich
  • Kartę członkowską Klubu
  • Możliwość udziału w cyklicznych spotkaniach klubowiczów:
    • spotkania ze specjalistami z branży audio
    • spotkania z innymi audiofilami
    • darmowy catering
  • Przypisanie do grupy "Klubowicz" na forum, a co za tym idzie:
    • większą skrzynkę na wiadomości PW
    • możliwość edycji własnych postów przez 30 minut od publikacji
    • większe limity na umieszczane załączniki
    • większe limity w zakładce Galeria
    • większe limity w zakładce Blogi
    • możliwość tworzenia blogów prywatnych i tylko dla przyjaciół


Najnowsze komentarze





Klub.AudioStereo.pl - Artykuły, porady, felietony, konkursy, recenzje audio, testy sprzętu i wiele innych ciekawych informacji.
Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

Audiostereo dokłada wszelkich starań, aby traktować użytkowników uczciwie i otwarcie, przy uwzględnieniu najlepszych praktyk. Korzystając z naszej strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies, w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania naszego serwisu. Aby dowiedzieć się więcej na temat cookies oraz w jaki sposób z nich korzystamy, kliknij tutaj